Witam Was bardzo serdecznie po tej dosyć długiej przerwie, kiedy to nie napisałam absolutnie nic sensownego.
Sama nie mogę uwierzyć, że tak porzuciłam tego bloga. Moje czekoladowe ciasteczko. Założyłam go w czasach, kiedy grafika komputerowa była moją pasją. Znajdywałam jakieś ciekawe zdjęcie lub obrazek, zasiadałam przed komputerem, włączałam Photoshopa i tworzyłam. Kochałam to. Warstwy, pędzle, patterny i znowu warstwy, przejrzystości, pokrycia i filtry, szumy, kontrasty, balanse bieli i saturacje. Tęsknię za tym. Ale co z tego, że powrócę do grafiki, skoro nie umiem za nic napisać HTMLa? Zupełnie zapomniałam, jak to się robiło.
Wciąż potrafię przywołać w sobie to uczucie, kiedy nowy szablon wstawiałam na stronę. Stworzony od początku do końca przeze mnie. Ta duma i satysfakcja - bezcenne. A jednak rzeczywiście tak jest, że tracimy to, co kochamy. Tracimy umiejętność wykonywania tego, co jest nam najdroższe.
Wakacje zbliżają się ku końcowi. Spędziłam je w domu z N. Doskonałe dni, co z tego, że były lepsze i gorsze? I tak były (SĄ, GŁUPIA! Nadal SĄ.) wspaniałe.
Chociaż czuję, jakbym dopiero tydzień temu odbierała swoje świadectwo - w szarej sukience i butach na obcasie, które obtarły mi stopy. Przecież tak niedawno K dawał mi lekcję gry w bilarda.
Taak, K sprawa powraca. Regularnie powraca. Tym razem N ma już chyba dość tego wszystkiego. Stwierdziła, że nie rozumie mnie i mojego postępowania. I ma rację. I wiem co zrobię.
Tymczasem idę zająć się swoimi sprawami.
Do zobaczenia!
Nie pisałam przez długi czas. Bo i co miałam pisać, czym się dzielić? Moje życie biegnie swoim zwykłym nudnym torem. Przeciętność. Ale jednak jestem szczęśliwa, mam w końcu wakacje.
Oh well, the devil makes us sin
But we like it when we're spinning in his grip
Bon vacances!
Zawsze, kiedy nie dzwoni telefon, wiem, że to ty.
W ostatnim czasie moje życie przypomina jedną z moich toreb - ładna, ale nic nie mogę w niej znaleźć, pojemna, ale i tak zawsze o czymś zapomnę. Tak i ja sama gubię się w swoich własnych planach i pragnieniach. Zostawiam wszystko na ostatnią chwilę, a jeśli coś nie daje mi spokoju, to i tak znajduję sposób, żeby o tym zapomnieć.
Chwilowo nie odczuwam normalnie. Jestem na końcoworocznym haju - oceny gorsze niż na półrocze, ale szczerze mówiąc to nie robię nic w kierunku ich podniesienia. Ogarnięta lenistwem i rezygnacją odliczam dni do wystawienia ocen. Tylko czy do cholery, mógłby mi ktoś łaskawie powiedzieć, kiedy konkretnie ma to się stać?!
Z K sprawy się komplikują. Nie wiem co mam robić, bo nie wiem czego chcę. Jeśli dam mu szansę, nie będę się mogła wycofać. Jeśli nie, wiem, że będę tego żałować.
Ale wakacje się zbliżają (choć pogoda zupełnie nie sprzyja), oprócz tego zbliża się moja przeprowadzka - do pokoju z balkonem, drzwiami bez szyb (wreszcie!) i fioletową ścianą.
Jeszcze tylko kilka dni. Jeszcze tylko kilka ciężkich westchnień - później zacznę oddychać naprawdę. I już nic mnie nie powstrzyma.